W wielu publikacjach, na wielu stronach internetowych dotyczących Kyokushin karate można znaleźć informacje na temat testu walki ze stoma przeciwnikami.
Listę otwiera Steve Arneil, który pomyślnie przeszedł test w maju 1965, następnie Tadashi Nakamura (pięć miesięcy później) i Shigeru Oyama – w 1966 roku, oraz kolejni mistrzowie.
Większość publikacji podaje, że w latach 1965-1972 test 100 kumite odbywał się w dwa następujące po sobie dni. Taką informację można również znaleźć w legendarnej już książce „Budo Karate of Mas Oyama” (str.68 i 72), której autorem jest shihan Cameron Quinn. Ta książka poprzedzona przedmową samego Sosai Masutatsu Oyama i shihan Bobby Lowe obrosła już legendą.
Problem polega na tym, że informacja o teście kumite wykonywanym w dwa dni jest fałszywa. Steve Arneil, na przykład, w wielu swoich wywiadach i publikacjach podaje datę 22 maja 1965 roku, jako dzień, w którym stoczył swoich sto pojedynków. Dokonał tego w ciągu jednego dnia, a cały test trwał około dwie godziny i czterdzieści pięć minut.
Zastanawia mnie fakt, jak rozumnie myślący człowiek, ze sporym doświadczeniem w karate może spokojnie napisać i opublikować ewidentną bzdurę, że próba 100 kumite trwała dwa dni.
Wystarczy trochę zdrowego rozsądku, żeby od pisania podobnych idiotyzmów się powstrzymać.
Załóżmy jednak na chwilę, że jest to możliwe. Walcząc z każdym przeciwnikiem przez półtorej minuty, zakładam, że skutecznie powstrzymując ataki przeciwników, inkasuję jeden czysty cios w ciągu trzydziestu sekund, co jest bardzo dobrym rezultatem i co średnio daje 3 przyjęte, czyste strzały w ciągu jednej walki i około 150 przyjętych strzałów w ciągu 50 walk. Gwarantuję, że nazajutrz wyczynem będzie wstanie z łóżka i pójście o własnych siłach do toalety.
A tymczasem, nazajutrz trzeba stawić czoło kolejnym pięćdziesięciu śmiałkom, według wspomnianych relacji.
W tym momencie, książka, która jest oficjalną filozoficzną wykładnią Kyokushin karate, staje się jedynie mało wiarygodną propagandą. Nie przekreśla to wysokiej oceny innych jej fragmentów, ale trudno mieć dalej zaufanie do innych rzekomych faktów, które nigdzie indziej nie udokumentowane, pozostają w wyraźnej sprzeczności ze zdrowym rozsądkiem.
Jedni wiedzą, co piszą, inni piszą, co wiedzą.