Jestem świeżo po lekturze książki shihan Bogusława Jeremicza. Szczerze gratuluje autorowi, bo wiem ile pracy, niekończących się dyskusji, wątpliwości, koncepcyjnego myślenia wydanie książki wymaga. Sam w tej chwili przez ten proces przechodzę, próbując zakończyć misję wydania swojej książki o karate.
Książka Bogusława Jeremicza to pierwsza poważna książka z zakresu Kyokushin Karate wydana w Polsce, dlatego jest to ważna pozycja i bez względu na ocenę zawartości, która zapewne z wielu źródeł nastąpi, jest to pozycja cenna, więc w bibliotece ludzi trenujących karate Kyokushin w Polsce, tej pozycji nie powinno zabraknąć. Przez blisko 40 lat funkcjonowania Kyokushin w Polsce w tej materii kompletnie nic się nie wydarzyło. Ta książka przełamuje tabu i jest dla mnie materiałem do przemyśleń i być może tematem do dyskusji na temat współczesnego Kyokushin, rozsianego w Polsce i na świecie po wielu organizacjach.
Prywatnie Bogusław Jeremicz pozostanie dla mnie człowiekiem, którego darzę sympatią i szacunkiem. W momencie, kiedy opuszczałem szeregi organizacji Drewniaka w 1994 roku, Bogusław Jeremicz był jedyną osobą, która pozostając w szeregach IKO, zdobyła się na list do mnie, wyrażając swój smutek, żal, zaniepokojenie, stratę z powodu mojej decyzji. To sygnał, który dla mnie znaczy tyle, że shihan Jeremicz to człowiek, który ma własne zdanie, który myśli i działa niezależnie od politycznych koniunktur w polskim karate. Człowiek, który działa świadomie, któremu dobro polskiego karate leży na sercu.
Sam Jeremicz potrzebował dekady i zewnętrznego impulsu, żeby podjąć decyzję podobną do mojej. Ale myślę, że to była słuszna decyzja, zwłaszcza jeśli weźmie się pod uwagę, że alternatywą jest na przykład pozostanie w organizacji Drewniaka.
Wracając do książki shihan Jeremicza, chciałbym poczynić kilka istotnych spostrzeżeń zanim zabiorę głos w sprawie treści książki.
Po pierwsze, wydanie książki jest aktem dużej odwagi. Dzieło staje się częścią publicznego życia, wręcz zaczyna żyć własnym życiem i oddziaływać zupełnie samodzielnie na czytelnika, czasami wbrew intencjom autora.
Książka staje się również obiektem krytyki. Na to każdy autor musi być przygotowany.
Po drugie, nawet jeśli w jakikolwiek sposób treść książki zostaje przez krytykę zdyskredytowana, nie oznacza to w żadnej mierze, że cokolwiek usprawiedliwia personalny atak na autora (dla wielu prostacko myślących osób nie istnieje taka alternatywa – atak na dzieło jest jednoznaczny z atakiem na osobę).
Po trzecie, każda próba dyskredytacji jest rzeczą podłą i niegodną. Krytyka oparta tylko o odmienny pogląd nic tak naprawdę nie znaczy. To tylko zdanie przeciwko innemu zdaniu. Nie waży nic. Dyskusja bez użycia rzeczowych argumentów nie ma sensu.
Książka Jeremicza ma jednoznacznie pozytywne przesłanie. Jej treść nie jest w żadnym momencie wymierzona przeciwko czemukolwiek i komukolwiek. Książka jest jednoznacznie „pro-karate”.
Jest tu oczywiście kilka megalomańskich i narcystycznych zdań, ale o tym potem.
Po czwarte, jak mawiał śp. Stanisław Leopold Brzozowski, „ każdy twór kultury należy badać stupudowym młotem, co nie wytrzyma próby - niech od razu ginie”. Wydając książkę – autor i jego dzieło muszą być na taką próbę gotowi.
No to po kolei i do rzeczy. Zadbana szata graficzna, starannie wykonane fotografie, kredowy papier i atrakcyjna okładka – to zwraca uwagę przy pierwszym kontakcie z książką.
Treść i układ zawartości książki – klasyczny.
Trochę historii karate – ogólnie, historia Kyokushinkai, etykieta i przysięga Dojo, itp. Garść podstawowych informacji. W następnych rozdziałach - częściach znajdujemy kurs karate dla początkujących – zestaw technik podstawowych wykonywanych w miejscu, potem w ruchu, podstawowe kombinacje i podstawowe kata – Taikyoku i Pinan. Ta treść - części 2,3 i 4 zajmują ok. 75 zawartości książki. Potem autor omawia podstawowe zagadnienia dotyczące walki – pozycji walki, poruszania się, ataku i obrony. Ale ta część to zaledwie 12 stron z całości opracowania. Więcej niż niedosyt, ale jak na podręcznik dla początkujących – wcale nieźle. Wiele osób może z tego skorzystać. Pozostała treść książki to zakończenie, podziękowania, prezentacja Organizacji Kyokushin Kan i jej głównych mistrzów instruktorów Hatsuo Royama i Tsuyoshi Hiroshige, reklama, słownik terminologii japońskiej stosowanej w karate i bibliografia.
W części pierwszej znajdujemy krótką historię karate – raptem trzy strony – tekst zestawiony raczej przypadkowo, bez jakiegoś wskazania korzeni tego o czym autor pisze dalej – Kyokushin Karate. W sumie otrzymujemy przypadkową, mało staranną i nierzetelną treść dotyczącą historii karate i historii Kyokushin. Wszystko bez myśli przewodniej. Nie ma żadnej głównej osi, wokół której mogłyby się koncentrować poruszane zagadnienia. Zagadnienie potraktowane bardzo „z lotu ptaka” i robi na mnie wrażenie bryku ściągniętego żywcem z Wikipedii.
Znajdujemy tu słabo lub zupełnie nieudokumentowane historie i legendy z życia Oyamy, pozostające czasami w sprzeczności z powszechnie znanymi faktami lub zdrowym rozsądkiem.
Na str. 20 znajdujemy informacje, że Oyama po swoim pobycie w górach, w roku 1947 -jak da się wyliczyć, wystartował w I Mistrzostwach Japonii w Karate, w Kioto i je wygrał.
Problem polega na tym, że jeszcze w 1948 roku Japonia była japońską strefą okupacyjną i wszelkie militarystyczne formy aktywności (do których karate też się zaliczało) były prawnie zakazane.
Poza tym w innym miejscu autor zauważa, że mistrz Funakoshi był przeciwnikiem karate sportowego, co notabene jest prawdą, gdyż pierwsze zawody karate zostały rozegrane dopiero po jego śmierci, pod szyldem Shotokanu.
Jak to możliwe, że taka informacja mimo oczywistej sprzeczności z powszechnymi faktami historii pojawia się w życiorysie Oyamy? Jak to możliwe, że pojawia się w tej publikacji?
Faktem jest, że taka informacja o wygranym przez Oyamę turnieju pojawia się na obwolucie wydanej po angielsku książki Oyamy – „Advanced Karate”, zamieszczona przez amerykańskiego wydawcę, prawdopodobnie w celach czysto marketingowych. Mnie nie udało się w każdym razie nigdzie indziej znaleźć informacji na temat kto, gdzie, kiedy takie zawody organizował, kto w nich startował, według jakich przepisów turniej się toczył, kto sędziował, itp. Żadnych szczegółów, zdjęć, dokumentów. Poza tym trudno uwierzyć, że od roku 1947 (daty rzekomych zawodów) do 1969 roku, przez blisko dwie dekady, Oyama nie wpadł na pomysł, aby jego uczniowie walczyli w turniejach.
Pierwsze było judo, jeśli chodzi o japońskie zawody sztuk walki, później karate Shotokan, w następnej kolejności – Kyokushinkai. Poza publikacjami z kręgu karate Kyokushinkai nigdzie nie znalazłem żadnej wzmianki na temat Mistrzostw Japonii karate w 1947 roku.
Drugi przykład – walki Oyamy z bykami. Samego faktu tych walk nie kwestionuję. Są artykuły z japońskiej prasy, zdjęcia, nawet film. Mam jednak duże wątpliwości co do przytaczanych liczb. 52 byki. WOW! Jeśliby tak przyjąć te liczby za prawdę to uśmiercając 2 byki dziennie mamy robotę od poniedziałku do piątku przez cały miesiąc, a jedna walka z bykiem raz na tydzień da nam zajęcia na weekendy przez okrągły rok.
Tak naprawdę to udokumentowane są trzy przypadki walk Oyamy z bykami. Reszta wygląda na zabawę z tabliczką mnożenia.
Wygląda na to, że autor w tym miejscu nie zadał sobie wiele trudu i bezkrytycznie skorzystał z fabularyzowanych wersji biografii Oyamy. Trudno w każdym razie jest zająć jakieś poważne stanowisko w tej sprawie. Nie twierdzę, że w książce są podane nieprawdziwe informacje. Wyrażam jednak swoje uzasadnione wątpliwości.
Według metodologii historii opierającej się na badaniu bezpośrednich dokumentów i relacji uczestników bądź świadków, czy relacji ludzi będących związanych z wydarzeniem. Informacja o I Mistrzostwach Japonii w karate jest słabo uprawomocniona i mało wiarygodna. Nie można jej w każdym razie klasyfikować jako historycznego faktu.
Przejdę teraz do zagadnień związanych z techniką karate.
Pozycje nóg – zaprezentowane w książce dwie pozycje – tei-kokutsu-dachi – str.63 (z obiema całymi stopami spoczywającymi na podłożu) i soe-goshi-dachi - str.65 – jasno wskazują, że to co odróżniało Kyokushin Karate od innych stylów, a mianowicie – twarde pozycje oparte o izometryczne napięcie mięśni, to w Kyokushin Kan należy do przeszłości. To była jedna z głębokich innowacji Oyamy. Skrócenie pozycji kokutsu dachi, połączone z uniesieniem pięty przedniej nogi w celu uzyskania lepszego izometrycznego napięcia mięśni (nadal sporo ludzi mniema, że celem uniesienia pięty wykrocznej nogi jest wykonanie szybszego kopnięcia).
To izometryczne napięcie mięśni, szczególnie ważne w sanchin i tensho kata, jest charakterystyczne dla Kyokushinkai. Tego nauczał Oyama w latach 60 tych ubiegłego wieku, w zakresie technik podstawowych i kata, jak również jego pierwsi, najlepiej wykwalifikowani instruktorzy, którzy chwilę potem rozjechali się po świecie. Od końca lat sześćdziesiątych ta wiedza przestała być dostępna nawet w tokijskim Honbu Dojo, została wyparta przez sportowy trening karate, przygotowujący do zawodów knockdown. I tak w większości zostało do dziś.
Widać w kilku innych miejscach książki, że Kyokushin Kan poszukuje nowych rozwiązań nawiązując np. do treningu Tai Ki Ken, wprowadzając formy naifanchin.
Kan zrezygnowało z pierwotnej twardości Kyokushin, która wywodzi się jeszcze z Goju- ryu, na rzecz płynności, szybkości i gibkości.
Można to nazwać innowacyjnością. Z mojej perspektywy to utrata tradycji i tożsamości stylu. Tradycyjny sposób poruszania się w pozycjach z izometrycznym napięciem mięśni charakteryzuje i wyróżnia styl Kyokushinkai, techniki podstawowe i kata stylu. To fundament. Bez tego cały system, wszystko co styl prezentuje, staje się chaotyczne, przypadkowe i nieokreślone.
Techniki podstawowe i kata w Kan robią wrażenie niedbałych, nie ma w nich błysku, szlifu i wykończenia. Nie ma dbałości o szczegóły. Na przykład, złożenia do technik takich jak soto-uke, shuto sakotsu uchi, itp. na to wskazują.
Pokazane zastosowania bloków takich jak seiken-mae-gedan-barai czy soto-uke jest po prostu chybione. Uke znaczy nie tylko blok, ale też, a może przede wszystkim, znaczy uwolnienie z chwytu. Nie widzę potrzeby, żeby mącić ludziom w głowach, że uchi uke to blok przeciwko atakowi na korpus.
Zastrzeżeń mam więcej, ale jedno jest generalne. Żeby karate mogło się doskonalić i rozwijać potrzebni są ludzie, którzy nie boją się zadawać pytań, nawet tych najtrudniejszych. Ale ważne jest także, żeby odpowiedź nie rodziła się w ego mistrza, który za każdą cenę chce zachować twarz. Wtedy jedynym wyjaśnieniem będzie – „bo sensei tak powiedział”
Większość pytań i odpowiedzi zawiera się w praktyce i skuteczności techniki, wiedzy z zakresu biomechaniki, anatomii czy ergonomii zastosowanej dla potrzeb karate. Na pierwszy rzut oka widać, że w technice Kyokushin Kan tego brakuje.
W tej koncepcji np. skręt stopy nogi wykrocznej wykonany w momencie poruszania się w przód w pozycji zenkutsu-dachi JEST ZBĘDNY (str.158).
Radzę uważnie prześledzić sposoby efektywnego poruszania się w przód w innych dyscyplinach sportowych, kiedy noga poruszająca się w przód w założeniu ma mieć kontakt z podłożem. Na przykład w narciarstwie biegowym (krok łyżwowy) czy właśnie w jeździe na łyżwach. Wyjaśnienie charakteru ruchu, zrozumienie złożonej motoryki w korelacji z eksplozywną siłą, szybkością, stabilnością i właściwą kontrolą pozycji daje zupełnie inne rozwiązania, oparte właśnie o ten zbędny rzekomo ruch.
Inne przykłady można mnożyć. Podam kolejny, który był innowacją Masutatsu Oyamy. W tradycyjnych stylach karate uderzenia tsuki wyprowadza się nadal mając pięść ułożoną na wysokości biodra. Mitologiczne przekonanie o dużej sile ciosu „wyprowadzonego z biodra” nie wytrzymuje jednak zderzenia z prostym eksperymentem. Wystarczy położyć się na ławeczce kulturystycznej i wypchnąć maksymalny ciężar z klatki piersiowej, a później spróbować wypchnąć ten sam ciężar z poziomu bioder. W ten sposób prosty eksperyment burzy wielopokoleniowy mit. Nie ma powodu, dla którego współczesna wiedza medyczna, teoria sportu, psychologia, fizjologia, biomechanika nie miałaby służyć rozwojowi karate. W karate funkcjonuje jednak wiele dogmatów, które z punktu widzenia efektywności czy skuteczności ruchu ciała czy kończyny nie mają większego sensu.
Oyama czuł intuicyjnie to co potem potwierdziły naukowe badania i teorie sportu dotyczące pracy mięśni i stawów w tzw. łańcuchach kinetycznych, czy badania dotyczące pomiaru siły mięśniowej w pełnym zakresie pracy mięśni i stawów.
Wracając do nieszczęsnego skrętu stopy, chętnie wysłuchałbym rzeczowej argumentacji, dlaczego ten skręt stopy jest zbędny?.
W kolejnej części książki, tej opisującej Fundację Kyokushin Kan pada jasne stwierdzenie, że „czynnik ludzki zaginął w Kyokushin po śmierci Sosai Oyama.” I że zadaniem fundacji jest „ponowne postawienie człowieka w centrum zainteresowania.
Cóż. To mocne słowa. Ale bez wyjaśnienia tego, co przez człowieczeństwo autor rozumie, ergo jaką definicję człowieczeństwa przyjmie, oraz na czym owe nadużycie czy zanik człowieczeństwa polega, będę traktował to stwierdzenia jak pustosłowie.
Nie wierzę i nie przyjmuję tego do wiadomości, że po śmierci Oyamy ludzie nagle przestali się fizycznie, umysłowo czy duchowo rozwijać, oraz że teraz mogą to już robić bez przeszkód.
Myślę, że skromność i umiarkowanie, częste spoglądanie w lustro, ale nie po to, żeby się utwierdzać, że jest się pięknym, to lepszy i prostszy, unikający wielkich słów program na przyszłość.
Bibliografia.
Ubóstwo autentyczne. Zaledwie 9 pozycji z 5 wydawnictw. W tym jedna pozycja – M. Lordena z pogranicza science fiction, której naprawdę bałbym się cytować.
Podsumowując moje ad rem, mimo tego, że w kilku miejscach mam spore zastrzeżenia do tej publikacji, to chciałbym jednak wszystkich zachęcić do przeczytania książki Bogusława Jeremicza (chociaż czystego tekstu jest tam nie więcej niż 40 stron). To ciekawa lektura dla początkujących karateków, którzy zaczynają swoją przygodę z karate. Lepszej książki o Kyokushin Karate wydanej po polsku nie znajdziecie. Póki co.
mam kilka pytan dotyczących Pańskiej recenzji, a mianowicie: co to znaczy "twarde pozycje" ?, dlaczego izometryczne napiecie mięśni w pozycjach jest tak ważne? kiedy w karate mówimy o "napięciu mięsni", w jakich jego elementach bądz, w których fazach wykonywania techniki ? dalej po co "zadzierac" w kokutsu piętę do góry, żeby dostac kurczu mm. dwugłowgo podudzia ? Kata sanchin i tensho czy ich istotą jest izometrzyczne napinanie mięśni? bo znam ich inne znaczenie...co jest złego w innowcyjnosci w tej czy innej dziedzinie? odwołując się tak często to nauk związanych z teorią treningu sportowego, należy zauwazyc ze w tej dziedzinie w stosunku do lat 60-tych dokonał się olbrzymi postęp, więc opieranie się na poziomie wiedzy z tego okresu jest bynajmniej ryzykowne...kata naifanchin nie ma nic wspólnego z iken..."Techniki podstawowe i kata w Kan robią wrażenie niedbałych" bez komentarza...i tak na koniec odwoływanie sie do innych dyscyplin sportu czasami ma sens ale bez przesady, nie zawsze koreluja one ze soba, nawet jeśli podobnie wygląda :), a propo mae geri http://youtube.com/watch?v=ZNMouZZTopY&feature=related podsumowujac ten troche chaotyczny komentarz, powyzszą recenzję uwazam momentami ża mocno krzywdzącą , wypowiadanie sadów w oparciu o jedynie słuszna i posiadana przez siebie wiedzę, moze świadczyc o ignorancji i braku otwartości na zmiany 9często te lepsze). Pozdrawiam Marcin